Rozczuliła mnie wypowiedź Czesława Kiszczaka, której fragment widziałem w jakiejś stacji telewizyjnej. Były oberesbek klarował w niej, że ma moralny i etyczny obowiązek wyjaśnienia roli domniemanych TW, którzy tak naprawdę żadnymi TW nie byli, bo ich wypowiedzi zostały jedynie spisane z podsłuchów i podstępnie zakwalifikowane jako doniesienia tajnych współpracowników. Kiszczak gadający o jakimkolwiek moralnym i etycznym obowiązku jest równie wiarygodny co opowiadający podobne farmazony Heinrich Himmler – gdyby, rzecz jasna, przeżył wojnę i zechciał rozgrzeszyć najgorliwszych funkcjonariuszy narodowosocjalistycznego systemu; Kaligula, opowiadający o wartościach spokojnego, rodzinnego życia czy Józef Stalin, perorujący o prawach człowieka. Można by jeszcze znieść jakąś pomniejszą personę, wygłupiającą się w podobny sposób, ale Kiszczak z taką wypowiedzią staje się jakąś perwersją do kwadratu, a nawet sześcianu.
Oczywiście oświadczenie generała z ochotą i radością podchwyciła „Gazeta Wyborcza”, z tryumfem ogłaszając, że doniesienia TW w rzeczywistości pochodziły z podsłuchów. Właściwie bez wyjątku. Czytając kolejne artykuły, dotyczące problematyki tajnych współpracowników oraz SB, zamieszczane w gazecie Adama Michnika, a także słuchając oświadczeń byłych funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa (których patriotyzmu, jak stwierdził Czesław Kiszczak, nie można podważać), można powziąć wrażenie, że żadnych TW w ogóle w Polsce nie było, cała dokumentacja, jaką przejął IPN, to albo zmyślenia konfabulujących esbeków, albo ewentualnie informacje z podsłuchów właśnie; cała wiedza SB opierała się na bajeczkach, które serwowali jej leniwi oficerowie; jeśli ktoś został zarejestrowany jako TW, to na pewno bez swojej wiedzy, a w tych absolutnie nielicznych i wyjątkowych przypadkach, gdy ktoś świadomie zostawał tajnym współpracownikiem, dostarczał informacji oczywistych, bezużytecznych i nikomu nie szkodził. Jednym słowem – cały aparat represji i inwigilacji był fikcją i żartem, a rządy PZPR trzymały się jedynie dzięki dobrej woli ludu, bo przecież nie za sprawą esbeckich infiltracji i inwigilacji. Nie muszę dodawać, że pijany Przemyk sam spadł ze schodów, a ksiądz Popiełuszko sam przywiązał sobie kamień do szyi, zaszył się w worku i skoczył z mostu.
Generał Kiszczak w swoim oświadczeniu przedstawia wizję wstrząsającą: oto w latach 80. aparat bezpieczeństwa tak był przerażony infilitracją – jak należy rozumieć, przez kwitnące przecież wówczas i niezwykle niebezpieczne podziemie – że esbecja została zmuszona do konspirowania źródeł swoich informacji wewnątrz systemu! Stąd „przesuwanie źródeł”, czyli właśnie przypisywanie TW informacji uzyskanych z podsłuchów. Niestety, tak się jakoś pechowo złożyło, że akurat ten konkretny zabieg nie znalazł potwierdzenia w dokumentach, które w SB niezwykle drobiazgowo definiowały każdy zabieg i działanie. Funkcjonariusze – pisze Kiszczak – działali w ramach „pragmatyki służbowej”.
Nie miejsce tu, aby opisywać obszernie, a jaki sposób prowadzone były w SB kartoteki, jaki był system wzajemnej kontroli i wreszcie udowadnianie, że każde działanie w resorcie musiało pozostawić ślady. Kto zechce, może sięgnąć do odpowiednich wydawnictw IPN. Gdyby faktycznie „przesuwanie źródeł” było powszechną praktyką, w archiwach musiano by natrafić na jego ślady. SB nie konspirowała swoich źródeł przed sobą samą – ustalenie, skąd pochodzi dana informacja, było ważniejsze niż obawa przed jakąś wydumaną solidarnościową infiltracją, co w ogóle brzmi śmiesznie.
Czym Czesław Kiszczak, „człowiek honoru”, różni się od swoich podwładnych, szeregowych esbeków od zastraszania, łamania kręgosłupów, a jak trzeba – bicia, szantażowania i tłamszenia? Niczym. Tak samo jak oni próbuje dzisiaj za wszelką cenę i wbrew naukowym analizom wykazać, że mało kto w Polsce donosił, a jeśli już, to było to kompletnie bez znaczenia. Agenci zawsze chronili swoich konfidentów i nie ma w tym nic dziwnego. Kiszczak próbuje robić to samo, tylko na masową skalę.
W oświadczeniu Kiszczaka szczególnie zabawny jest przedostatni akapit: „Mam też głębokie przekonanie, że byli oficerowie MSW nie dadzą się zastraszyć i będą, jeśli zajdzie taka potrzeba, przedstawiać rzeczywisty przebieg wypadków i swoją w nim rolę, w pełni zgodną z ówczesnym przepisami, które musieli realizować. Przekazanie prawdy o tamtym systemie oraz jego metodach jest naszym – dowódcy i podwładnych – wspólnym obowiązkiem. Jest też jedyną możliwą dla nas obecnie formą zadośćuczynienia tym, którzy dzisiaj ponoszą konsekwencję naszych ówczesnych działań”.
Nie wiem, kto miałby zastraszać byłych esbeków. Prezes Kurtyka? A może Cenckiewicz z Gontarczykiem? Razem tworzą groźną parę. Zaiste, byli esbecy to ludzie, których zastraszyć wyjątkowo łatwo. Jak wiadomo, w swojej pracy nieustannie ulegali zastraszeniu i w ogóle byli bardzo zestrachani, a w dzisiejszej, demokratycznej Polsce zastraszyć ich może byle Suski. Wzruszająca jest także deklaracja, że „przekazanie prawdy o tamtym systemie jest naszym obowiązkiem”. Byłoby miło, gdyby generał Kiszczak poprzekazywał trochę prawdy na procesie dotyczącym wprowadzenia stanu wojennego, bo jak na razie całą energię spożywa na unikanie pojawiania się na sali sądowej. Mógłby też przekazać nieco prawdy choćby o wydarzeniach w Wujku.
W sumie wystąpienie Kiszczaka trzeba zaliczyć do dziesiątki albo i piątki najbardziej żenujących występów politycznych po 1989 roku. Mało było wystąpień równie bezczelnych i bezpodstawnych. Desperacja środowisk, przeciwnych „grzebaniu w przeszłości” musi być zaiste wielka, jeśli z takiego gniota robią koronny argument.



Warto zapoznać się z wywiadem z Joanną Siedlecką, autorką książki "Kryptonim liryka", o działalności SB wśród literatów. Straty dla kultury są z tego powodu niewymierne.
Swoistą puentą świadczącą o współczesnych literatach oraz wartościach przez nich reprezentowanych jest to, że wieloletni donosiciel i agent SB — Wacław Sadkowski, pseudonim SB „Olcha” — został właśnie wybrany przez towarzyszy pisarzy wiceprezesem ZLP. A pzecież Sadkowski, jako współpracownik bandytów i agent SB sporządził około 1000 donosów na swoich kolegów.
* * * * *
Pisarze pisarzom gotowali ten los. Czy nie za mało tu roli SB?
TW byli tylko jej narzędziem, oczywiście to ona inicjowała akcje niszczenia swoich figurantów. Dygatowi np. cenzura zdejmowała felietony, telewizja odrzucała kolejne projekty, zatrzymano film "Hotel Palace" według jego scenariusza. Na kolaudację wydelegowano właśnie Andrzeja Kuśniewicza, którego raport odesłał film na półkę. SB planowała również "intensyfikację działań" wobec Dygata, ale w sześć tygodni po kolaudacji powalił go kolejny zawał. Podobnie było z Tyrmandem, którego również załatwiano absolutnym szlabanem. Zdjęto z ekranów "Naprawdę wczoraj" według jego książki, nie wznawiano mu nawet "Złego". PIW odrzucił "Życie towarzyskie i uczuciowe", nie wypuszczano go za granicę, paszport dostał po siedmiu latach wyłącznie dzięki wstawiennictwu życzliwego mu Romana Bratnego. A po wyjeździe SB próbowała dopaść go, choć już bezskutecznie, w wymarzonej przez niego Ameryce. Niszczono zresztą Tyrmanda różnymi metodami. Roman Waschko, czyli TW "Adam", miał za zadanie rozsiewać plotki, głównie wśród cudzoziemców, że współpracuje z SB.
Uważa pani donosy za część dorobku literackiego pisarzy?
Naturalnie. Pisali je przecież, jak choćby Koźniewski, blisko pół wieku i chyba niemal codziennie. Były dziełem fachowców, ludzi pióra, nie brakowało więc naprawdę nieźle napisanych, z celnymi obserwacjami, dialogiem, pointą. Mistrzem gatunku był niezły również jako "recenzent" TW "Matrat", czyli Władysław Huzik, pełen zjadliwego szwungu konsultant "Olcha" - Wacław Sadkowski. Wyjątkową perfidią i wyrachowaniem odznaczały się donosy Kuśniewicza. Np. odwiedził w szpitalu już bardzo chorego Jasienicę, raportował, że nie rokuje już poprawy, jest w stanie beznadziejnym (umarł trzy tygodnie później), ale prowadził nad jego łóżkiem grę operacyjną - jednym okiem obserwował bowiem umierającego, drugim - Stefana Kisielewskiego, który również przyszedł odwiedzić przyjaciela.
(. . .)
Dla pani donos jest ważniejszy od książek.
Zdaniem Aleksandra Wata, wielkiego znawcy tematu, donos to ekstrakt komunizmu, a tajny współpracownik jest istotą totalitaryzmu. Na skutek donosów pewne książki w ogóle nie powstały, bo ich autorzy, tak jak Jasienica czy Krzysztoń, trafiali na czarne listy, załamywali się. Odchodzili przedwcześnie, nie dając z siebie wszystkiego. A tajni współpracownicy mieli się i mają dobrze. Do rangi symbolu urasta fakt, że Wacław Sadkowski został właśnie wybrany przez kolegów pisarzy wiceprezesem ZLP.
----
za: http://www.dziennik.pl/kultura/article288380/Zdrada_jako_problem_literacki.html