Do leśnej ziemianki, będącej kwatera główną Narodowych Patriotycznych Jedyniepolskich Sił Prawdziwej Polski Najjaśniejszej i Jedynie Słusznej (NPJpSPNiJS), wpadła Marianna. Rozwiany włos znamionował wielkie poruszenie.

- Znowu kłamią, gady obrzydliwe! - zawrzasnęła od progu.

- Kto kłamie?! - odkrzyknął Dobrosław, który w kącie na powielaczu odbijał właśnie 3481. numer samizdatowego pisemka „Polska Jedyna Prawdziwa i Niepodległa".

- Jak to kto! - oburzyła się Marianna na tępotę Dobrosława. - Merdia, oczywiście! Te wstrętne, parszywe, antypolskie, obce! Wyobraźcie sobie, oglądam w swojej chatce WSI 24, a tutaj...

- Chwila, moment - odezwał się z kąta Ziemowit. - Oglądałaś WSI 24?

- No, tak... - zawahała się przez moment Marianna. - A bo co?

- A bo przypominam ci, droga Marianno, że od dwóch lat, ośmiu miesięcy i 13 dni prowadzimy BOJKOT.

- Wiem, ale pomyślałam... Przecież...

- Jak bojkot, to bojkot. Całkowity. Myślisz, że mielibyśmy takie świetne wyniki, gdybyśmy go co chwila łamali?

- No, pewnie nie... - Marianna była wyraźnie zbita z tropu.

- No właśnie - tryumfował Ziemowit. - A tu tymczasem od samego początku, odkąd zaczęliśmy naszą akcję, nikt, ale to nikt kompletnie, żadne merdium, o niej nie wspomina. Poza naszą gazetką, oczywiście, no i kolegą Lisowatym w "Gazecie Jedyniepolskiej".

- A ty skąd wiesz, że nikt nie wspomina? - Mariannie wróciła pewność siebie. - Przecież podobno nic nie oglądasz ani nie czytasz?

- Wiem, bo mam w mieście swoich ludzi - odparł z niezmąconym spokojem Ziemowit.

- Może ja jakiś głupi jestem - odezwał się Przemysł, który zawsze szukał dziury w całym - ale czegoś tu nie rozumiem i już dawno chciałem spytać. Jaki to sukces, skoro nikt o tym nic nie mówi?

- Właśnie! - wykrzyknął Ziemowit. - Nikt nie mówi, bo wszyscy się boją, jak cholera! Próbują nas zamilczeć, a tak naprawdę trzęsą gaciami ze strachu.

- Ale przed czym? - nie ustępował Przemysł. - Ile nas tu w końcu jest?

- Tutaj? No, pewnie ze 25 osób. Ale dzięki mocy Internetu, wiesz przecież, że dołączyło do nas jeszcze co najmniej kolejnych 25. To razem już 50!

Marianna pokiwała z uznaniem głową, ale Przemysł nie ustawał.

- To co? Boją się 50 osób?

- Tak, bo wiedzą, że z czasem będzie nas więcej. Nazywam się Milijon i cierpię za miliony! - rzekł Ziemowit w wieszczym uniesieniu.

- Eeee... - Przemysł machnął ręką. Marianna była szczęśliwa, że temat został zagadany, bo bała się trochę Prawdziwego Polskiego Sądu Koleżeńskiego.

W ubiegłym tygodniu stanęła przed nim Krystyna, gdy nieopatrznie wygadała się, że nie tylko pracowała pięć lat temu przez dwa tygodnie jako recepcjonistka w niemieckim koncernie medialnym, ale na dodatek jednym z jej dobrych znajomych był pewien dziennikarz z TVN. Sąd uznał to za oczywistą zdradę Narodu i Ojczyzny, ale wziął pod uwagę okoliczności łagodzące, w tym nienaganny przebieg służby w NPJpSPNiJS i udział w zamachu na redakcję polskojęzycznego, a tak naprawdę szwabskiego, antypolskiego, zaborczego „Dziennika".

Zamach miał dramatyczny przebieg. Krystyna, Marianna i Leszek przygotowali wydmuszki, napełnione czarną farbą, jak za okupacji, i o trzeciej w nocy podjechali na rowerach pod redakcję znienawidzonej gazety. Niestety, w budce przy wjeździe był ochroniarz i nie spał. Nie mogli ryzykować. Przechodząc chodnikiem po przeciwnej stronie ulicy, dyskretnie upuścili jajka na ziemię. Prawie wszystkie popękały! Z poczuciem dobrze wykonanego zadania mimo ogromnego ryzyka, z bijącymi sercami i w patriotycznym uniesieniu powrócili do swoich leśnych kryjówek jeszcze przed świtem.

- Aleśmy im dali! - cieszyła się wtedy Marianna. Ich przywódca dał im wtedy specjalną dyspensę od bojkotu mediów, chcieli bowiem sprawdzić, jak wstrząsające skutki przyniosła ich brawurowa akcja. Byli trochę zawiedzeni, gdy nie znaleźli o niej żadne wzmianki, ale wtedy Ziemowit tłumaczył to tak samo, jak teraz: chcą nas zamilczeć na śmierć, bo śmiertelnie się boją. Twierdził, że jego ludzie w mieście donieśli, iż redakcja „Dziennika" została następnego dnia ewakuowana, a ludność rozpoczęła zamieszki przeciwko obcej okupacji. O których oczywiście też nikt nie pisał ani nie mówił.

Nagle do ziemianki dowództwa poczęły dolatywać z głębi lasu pokrzykiwania, z początku słabe, potem coraz donioślejsze. Z czasem można było rozróżnić słowa.

- O, ja , k..., pier..., w dupę jego mać jeb..., ch..., k..., żeby im szpadel w dupę, matkoj...

Wszyscy w ziemiance stanęli na baczność. Znali ten głos znakomicie. To nadchodził ich przywódca, legenda ruchu oporu, człowiek potężny umysłem i ciałem, straszny, groźny, bezkompromisowy, szlachetny, wymagający, prawy, szermierz słowa, znawca filozofów, charyzmatyk, postrach lewaków - Gwidon Wyrąbała.

 

Ciąg Dalszy Nastąpi