Wczoraj Europejski Dzień Bez Samochodu (EDBS). Oczywiście jak zwykle ludność się nie przejęła i masowo wsiadła do aut. Dlaczego? Bo ludzie w większości – poza zindoktrynowanymi przez idee poprawności politycznej w różnej postaci – czują instynktownie, że mają do czynienia z głupotą. Dlaczego – to tłumaczyłem już w ubiegłym roku, ale warto do tego wrócić. Sprawa ma bowiem kilka wymiarów.

Pierwszy to absurdalność wszelkiej podobnej akcyjności.Dzień Bez Czegoś to czysta propaganda, która niewiele się różni od podobnych akcji, wymyślanych za komuny. Najlepiej podsumował to z właściwą sobie lapidarnością Stanisław Bareja, tworząc w „Misiu” Dzień Pieszego Pasażera. Mechanizm tworzenia podobnych konstruktów jest dość czytelny. Najpierw powstaje jakaś moda, trend, idea (o tym dalej), nie mając zwykle wiele wspólnego z rzeczywistością, a niemal zawsze oparta na teoretycznie podbudowanej chęci zbawiania świata nawet wbrew jemu samemu. Potem tą ideą z różnych powodów (czasem to głupota, czasem interesy, czasem potrzeba połączenia ludzi wokół obojętnie jakiej sprawy) zainteresowują się politycy, którzy organizują resztę kabaretu: kampanie społeczne za publiczne pieniądze, festyny, audycje edukacyjne – i przemysł się kręci. Nie trzeba dodawać, że ktoś oczywiście na tym zarabia, ale to już całkiem inna sprawa.

Główną cechą takich poczynań jest, że namawia się ludzi do określonego zachowania nie dlatego, że jest ono dla nich korzystniejsze, wygodniejsze, lepsze, ale dlatego, że taka jest moda, tak wypada zgodnie z enigmatycznymi „europejskimi normami”. Nie bardzo też wiadomo, co taki EDBS miałby dać. Jaki efekt miałoby przynieść to, że ludzie w jakiejś części na jeden dzień zostawią auta na parkingach? Pewnie taki sam jak w Peerelu pochód na 1 maja albo wszechobecne plakaty „Program partii programem narodu”. Czyli żaden. To po prostu bezsensowna fikcja i pozór, tak samo absurdalny, jak obiecywana i oczywiście nie zbudowana sieć stacji ładowań dla samochodów elektrycznych w Warszawie.

Drugi wymiar to kwestie praktyczne. Samochód jest wielu ludziom niezbędny, żeby normalnie funkcjonować. Wyjątkiem są może ci, którzy w Warszawie przemieszczają się tylko z punktu A do punktu B, przy czym oba punkty leżą bezpośrednio przy stacjach metra, ewentualnie kolejki. W każdym innym przypadku transport prywatny jest albo niewiele wolniejszy niż publiczny (a ma wiele innych zalet), albo wręcz szybszy.

W polskich warunkach wybór samochodu, a nie tramwaju czy autobusu, jest oczywisty dla każdego, kto ceni sobie czas i komfort. W samochodzie raczej nie dostanie się w łeb, nie zostanie się okradzionym przez kieszonkowców, nie jest się narażonym na smród współpasażerów ani na stanie w tłoku. Jest czas na słuchanie muzyki albo audiobooków. Odpada dojście do przystanku. Latem nie pieczemy się w piekarniku, bo miasto stołeczne nie widziało przez lata potrzeby zamawiania taboru z klimatyzacją, a zimą nie trzęsiemy się z chłodu. Możemy zrobić duże zakupy, wygodnie odebrać dziecko z przedszkola i dowieźć je do domu. Transport publiczny nie ma praktycznie żadnej naturalnej przewagi nad prywatnym, w warunkach równej konkurencji jest koniecznością, a nie wolnym wyborem.